Piękne dni nastały dla
gildii. Panowała ogólna zgoda, spokój... Ataki były zwycięskie,
rozmowy na czacie kwitły, złoto wpływało bez przymusu i lekką
ręką... Zjawił się Acerek, wpłacający grzyby, co było dla nas
niezwykle pomocne... W końcu nie można w nieskończoność tkwić
na tym samym poziomie skarbca i trenera. Aż chciało się żyć!
W końcu na konto
Żniwiarzy wpłynęło wystarczająco dużo złota, by zaatakować
lochy. Zostałam zmuszona do zebrania się w sobie i pokonania
magicznej bariery 50 poziomu... Wykonałam to dość szybko, chyba w
dwa dni, nie pamiętam dokładnie. Marmoladka, nasz ulubiony,
przezabawny członek mający setki różnych problemów (o tym w
części piątej), oraz inni, co agresywniejsi Żniwiarze, zaczęli
wypytywać o lochy. Chciałam już je kliknąć, gdy WiDa, jeden z
nowych „nabytków” odezwał się rozsądnym głosem, by zaczekać.
Nie miało sensu porywanie się z motyką na słońce, gdy nie
byliśmy pewni wygranej, nasz skład był niepełny. Ponadto
pośpiech nie jest wskazany przy racjonalnym zarządzaniu gildią.
Miał rację. Został
awansowany i przydzielony do zarządzania lochami. Co nie
przeszkadzało pewnej dwójce się pieklić mimo to, w końcu jednak
im przeszło. Zapanował znowu spokój.
Aż do pewnego mrocznego
zalogowania.
Jak zwykle weszłam do
gildii i tam od razu jeden z komunikatów przykuł mą uwagę: „WiDa
opuścił gildię”. W pierwszej chwili spanikowałam. Czyżby
powtórka z rozrywki? Morfeusz dwa?
Ale nie. WiDa
postanowił w dniu obrony przed silnym wrogiem przejść do gildii
kumpla, wyciągnąć sobie poziom, bo więcej trenera i skarbiec
rozwinęli. Powiedział, że sobie wróci. Ale towarzyszy broni nie
zostawia się ot, tak. Zwłaszcza w obliczu nieuniknionej klęski...
Tym niezapowiedzianym
odejściem zagwarantował sobie odejście na zawsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz