Część Pierwsza - Byli sobie Żniwiarze

Zasadniczo nikt nie wie, skąd wzięli się Żniwiarze... Jedni głosili, że ich założyciel wyłonił się z gęstej, piwnej piany, niczym Venus, rodząca się z morza, inni zaś uparcie twierdzili, iż raczej sam Diabeł maczał w tym palce... Tak czy owak, nie cofamy się w tej historii do puenty poczęcia założyciela, gdyż prawdy na pewno nie dojdziemy.
Opowieść rozpocznę więc od chwili, gdy Adelei, czyli ja, została napadnięta przez pewnego mrocznego Żniwiarza. Nie byłoby w tym może i nic nurtującego, przecież znamy wszyscy realia shakes&fidget... Jednak atak ten powtórzył się i to nie raz. Nic w tym dziwnego, że musiał zostać odparty i w końcu, po wielu trudach, misjach, zwiedzaniu lochu i codziennym odwiedzaniu zbrojowni, po łykani wątpliwej świeżości eliksirów, stało się coś niezwykłego... Dotąd przegrywająca zwiadowczyni pokonała Rozkmina (gdyż nim w istocie był ów Żniwiarz). Do czasu tego wiekopomnego wydarzenia pomieszkiwałam sobie w ThisIsSparta, jednak gildia ta była raczej nieciekawa, nic się w niej nie działo, najbardziej zaś zapamiętanym zdaniem przywódcy był śmiały, kontrowersyjny, a nawet dość infantylny wywód: „ok”. Nic więc dziwnego, że ostatecznie przystałam na propozycję Rozkmina, który w uznaniu dla mojej przeogromnej potęgi postanowił zaproponować mi dołączenie do swej grupy. I to nie byle jakie! Od razu dostałam przywództwo i mogłam pławić się w luksusach władzy iście królewskiej... Pamiętam, jakby to było dzisiaj... Nasz skład: Cynamonka, Epicki, Legion, Wpierdol, Scheiβe, Skäran, Rozkmin, bracia Parobasy...
Jednak mojemu byłemu władcy nie spodobał się taki stan rzeczy. Dotąd to ja podpowiadałam mu, co powinien zrobić, a on zaszczycał mnie tym jakże wiele znaczącym „ok”, nie honorując nawet funkcją oficera... W Żniwiarzach rozwinęłam skrzydła, wraz z Wpierdolem wszybko wznieśliśmy się z niemal samego dna ku szczytom tabeli... Uznał mnie za dobry wybór, co będę pamiętała do końca istnienia. I tak zaczęli do nas dołączać Amexia, Slazyk, Radzik i wielu innych. Nasza pozycja wciąż rosła, co nie było takie dziwne, w końcu przybywało nas.
Aż pojawił się Morfeusz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz