Część szósta - Kwestia Honoru

Każda gildia do czegoś dąży. Jedni do znalezienia sobie miliona wrogów, inni zaś szukają przyjaźni, chwały... Są też tacy, jak i my.
Mottem Żniwiarzy od dłuższego czasu jest już: 'Ku szczytom tabeli!'i tego się raczej trzymamy. Jak na razie, jak na słabeuszy (no cóż, nadal nie jesteśmy megamocni poziomami), osiągnęliśmy pierwszą setkę i to w wielkim stylu... 80 pozycja. Brawo!
Przyznać się muszę jednak, że jestem złym wodzem... Mój własny konflikt z przywódcą ThisIsSparta, który rozpoczął się, gdy tam byłam, powrócił na pierwszy plan. Dlatego też kolejnym atakiem, choć nie przynoszącym dużo czci, stał się atak na gildię Bosmana.
Wynik nie zaskoczył nikogo. Nawet marny 65 poziom, który sobą reprezentuję, zmiótł 83 poziom mojego nemezis. Ale nie o tym miałam mówić...
Konflikt z Bosmanem sięga czasów, gdy jeszcze darłam koty z Rozkminem. Nikt mi nie zarzuci, że byłam niewygodna w ThisIsSparta. Doradzałam przywódcy i nie powiem – trochę werbunku mi zawdzięczał. Oddawałam złoto, a w podzięce, kto inny dostał oficera – bo miał wyższy poziom. Po odejściu z gildii chyba uświadomił sobie, że trochę tam wnosiłam, bo zaatakował marną, kilkuosobową reprezentację Żniwiarzy, po czym mój ok 30 poziom zaatakował swoim 70 kilka razy, co w gruncie rzeczy straszne nie było. Spadłam o wielkie zero punktów czci. Straszne. Za to zabolały obelgi i wyśmianie nowej gildii. Może to właśnie dlatego aż tak się spięłam i to, co w tej chwili sobą reprezentujemy jest połowicznie zasługą Bosmana?
Tak czy owak, jestem dumna z cudownej ekipy, która wraz ze mną pokazała Bosmanowi, kto tu jest silny.
Bo tak na prawdę nie tylko 'ku szczytom tabeli', ale i z twarzą.

Część piąta - Wiele krzyku

ŻMarmoladka to człowiek porywczy. Targają nim silne emocje, podchodzi niezwykle żywiołowo do choć odrobinę odbiegających od normy sytuacji i ma tendencje do zadawania zagadek na forum publicznym. Oczekuje na nie szybkiej, poprawnej odpowiedzi, która niekiedy jest dość trudna do odnalezienia. Trochę przy tym nie panuje nad słownictwem i może przesadza...
Tak to Marmoladka zirytował RuRę. Od słowa do słowa – pokłócili się śmiertelnie i zaczęli się atakować. Jeden skarżył na drugiego, z płaczem, prośbami o wyrzucenie, ba! Nawet i szantaż był! Po kilku epitetach typu „jesteś głupszy od piątoklasisty”, RuRa podjął drastyczny krok i odszedł ze Żniwiarzy.  
Zanim do tego doszło, starałam się wyjaśnić konflikt, gdyż Marmoladka nie przyznawał się się do pisania wiadomości na poczcie prywatnej i atakowania kumpla. Jednak tamten skasował już powiadomienia i nic nie dało się udowodnić. Do dziś nie wiem, jak było na prawdę, ale w związku z kolejnymi epizodami, uznałam, iż nasza gildyjna maskoteczka Marmoladka, poprawiający humor samym faktem istnienia, mówił prawdę.
Tymczasem gildię zasilił brat RuRy – Komar. Wyglądał normalnie, zachowywał się też dobrze... Coś mu tam nie pasowało, zauważył to Wpierdol. W międzyczasie trzeba było usunąć Snowa, który zwyczajnie przestał wchodzić do gildii i po interwencji Morfeusza nie powrócił, wisiał jedynie zawieszony między „jestem” a „mnie nie ma”. Wpierdol miał usunąć zaproszenie, ale zakłócenia na linii telefonicznej spowodowały, że wyleciał właśnie Komar. I zaczęła się wojna... Choć wyrzucony od razu powrócił, wojna z głównym oficerem (taką finkcję sprawuje Wpierdol), rozgorzała na amen. A wiadomo – walki z systemem nikt nie wygrał. Zatem Komar ponownie został bez gildii, wykopany.
Po ochłonięciu zarówno on, jak i jego brat powrócili do gildii. Zobaczymy, jak sprawować się będą tym razem...

Część czwarta - Nie wywołuj WiDy z lasu....

Piękne dni nastały dla gildii. Panowała ogólna zgoda, spokój... Ataki były zwycięskie, rozmowy na czacie kwitły, złoto wpływało bez przymusu i lekką ręką... Zjawił się Acerek, wpłacający grzyby, co było dla nas niezwykle pomocne... W końcu nie można w nieskończoność tkwić na tym samym poziomie skarbca i trenera. Aż chciało się żyć!
W końcu na konto Żniwiarzy wpłynęło wystarczająco dużo złota, by zaatakować lochy. Zostałam zmuszona do zebrania się w sobie i pokonania magicznej bariery 50 poziomu... Wykonałam to dość szybko, chyba w dwa dni, nie pamiętam dokładnie. Marmoladka, nasz ulubiony, przezabawny członek mający setki różnych problemów (o tym w części piątej), oraz inni, co agresywniejsi Żniwiarze, zaczęli wypytywać o lochy. Chciałam już je kliknąć, gdy WiDa, jeden z nowych „nabytków” odezwał się rozsądnym głosem, by zaczekać. Nie miało sensu porywanie się z motyką na słońce, gdy nie byliśmy pewni wygranej, nasz skład był niepełny. Ponadto pośpiech nie jest wskazany przy racjonalnym zarządzaniu gildią.
Miał rację. Został awansowany i przydzielony do zarządzania lochami. Co nie przeszkadzało pewnej dwójce się pieklić mimo to, w końcu jednak im przeszło. Zapanował znowu spokój.
Aż do pewnego mrocznego zalogowania.
Jak zwykle weszłam do gildii i tam od razu jeden z komunikatów przykuł mą uwagę: „WiDa opuścił gildię”. W pierwszej chwili spanikowałam. Czyżby powtórka z rozrywki? Morfeusz dwa?
Ale nie. WiDa postanowił w dniu obrony przed silnym wrogiem przejść do gildii kumpla, wyciągnąć sobie poziom, bo więcej trenera i skarbiec rozwinęli. Powiedział, że sobie wróci. Ale towarzyszy broni nie zostawia się ot, tak. Zwłaszcza w obliczu nieuniknionej klęski...
Tym niezapowiedzianym odejściem zagwarantował sobie odejście na zawsze.


Część trzecia - Dwie Gildie

Czas po przewrocie dokonanym przez Morfeusza płynął dość leniwie. Przywitaliśmy w swych szeregach sporo nowych osób, aż nagle się zdziwiłam. Stary skład niemal cały odszedł! Ci pierwsi Żniwiarze, ci, których poznawałam z uśmiechem na twarzy, z którymi żartowałam i poważnie rozmawiałam, rozpryśli się jak bańka mydlana. Ot, tak!
Powodowana wewnętrznym odrętwieniem, mieszanką wściekłości i rozpaczy, napisałam do Rozkmina, o co chodzi. Okazało się, że nie jest to rodzaj wrogiego wybiegu, a jedynie zwolnienie miejsca i nowa taktyka. Druga gildia, pracująca dla nas, z naszymi. Wystarczyło uskładać na zaatakowanie gildii głównej i voila! Dziesięć godzin zablokowania dla ataków innych. Plan genialny w swej prostocie, jednakże awykonalny. Tak niskie poziomy, jakie tam się znajdowały, z nierozwiniętym trenerem i skarbcem latami zbierałyby na atak, zwłaszcza, że Żniwiarze jawili się niczym słońce na pozycjach sto-którychś. Plan umarł więc dość szybko, ale popularność gidii stała się przerażająca, co dzień napływały prośby o przyjcie: Komar, jego brat RuRa... Wiele innych również. Niskie poziomy zostały w Status Quo do dzisiaj. Ostatecznie uchwalona została decyzja, że sensowne by było rozwinięcie nieco gildii, więc Cynamonka przerzuciła złoto”za granicę”. Teraz Status Quo pełni rolę niczego innego jak swego rodzaju przedszkola dla niskich poziomów. A żeby było zabawniej... Zaprosiliśmy tam Morfeusza!

Część druga - Wilk o niskim poziomie

Morfeusz zagadnął nieśmiało na poczcie. Poza rażącą gramatyką i nieco nieokrzesaną ortografią jego mieszanina polskiego i angielskiego urzekła mnie w wystarczającym stopniu, by go przyjąć do gildii. Prezentował się marnie... Ledwo ponad 10 poziom, choć zarzekał się, że wbija poziomy najszybciej na serwerze... Jednak jak wiadomo, każdy zasługuje na szansę. A Żniwiarze już taką szansę dawali. Ponieważ były wolne miejsca, a nic nie stało na przeszkodzie – Morfeusz dostał ciepłe miejsce z wysokim procentem i możliwością wypowiedzenia się na forum. Szczególnie głębokie myśli to nie były, ale nie musiał od razu być krasomówcą lub wielkim myślicielem typu Freud... Tak więc Morfeusz umilał czas na czacie, rósł w siłę, aż w końcu jego potęga nie znała granic. W końcu 20 poziom to coś godnego pozazdroszczenia! Tak zapewne uważał, bo gdy zapytałam na forum, kogo by przydzielić do jakiej funkcji (ówcześnie nie mieliśmy oficerów oprócz Rozkmina), abym nie musiała całymi dniami interesować się wszystkim w gildii. AjKenFlaj, jako nasz najwyższy poziom gildyjny, postanowił zająć się atakami. Morfeusz, jako dorównujący mu potęgą (AjKenFlay w chwili dołączenia miał 70 pzm), postanowił być rekruterem. Został szybko przeszkolony, jak plus minus zachęcać ludzi, czego nie omieszkał skopiować i wklejać w wiadomościach do innych osób, po czym, niestety rozczarował się... Odpowiedzi nie nadchodziły z prędkością światła, ba, wcale nie nadchodziły! To aż dziwne przy spamie... Być może wtedy to w jego głowie narodził się genialny plan, który postanowił wcielić w życie.
W okamgnieniu Morfeusz usunął z gildii wszystkich zbędnych ludzi, mających czelność być w okolcach poziomu 40, po czym sam zniknął, rzucając się do innej gildii. Ale do tego wrócimy później.
Jestem dumna z siebie. Wiem, kogo mam w gildii i szybko odnalazłam wyrzuconych. Nie minęły 24 godziny, jak byliśmy w komplecie. A Morfeusz...
Postanowiłam zapytać naszego geniusza o powód, dla którego wykonał taki manewr. Odpowiedź zaskoczyła mnie niezmiernie... Morfeusz napisał: „Nie wiem”.
A Żniwiarzom tego się nie robi. SCYZORY, nowa gildia byłego oficera, miały niezwykle ciekawego przywódcę, z którym to wdałam się w rozmowę. Powiedziałam, jak to nasz Morfi sobie pograł, zawarłam sojusz, po czym wcześniej wspomniany wyleciał na pysk. Morfeusz, nie przywódca, rzecz jasna.
Chłopczyna znalazł sobie kolejną gildię, ale, niestety, również ją odnalazłam, co było okropnie trudne... Opinia o zdrajcy i tam dotarła.
W tym czasie jednak działy się rzeczy, mające wpływ na dalsze losy Morfeusza...

Część Pierwsza - Byli sobie Żniwiarze

Zasadniczo nikt nie wie, skąd wzięli się Żniwiarze... Jedni głosili, że ich założyciel wyłonił się z gęstej, piwnej piany, niczym Venus, rodząca się z morza, inni zaś uparcie twierdzili, iż raczej sam Diabeł maczał w tym palce... Tak czy owak, nie cofamy się w tej historii do puenty poczęcia założyciela, gdyż prawdy na pewno nie dojdziemy.
Opowieść rozpocznę więc od chwili, gdy Adelei, czyli ja, została napadnięta przez pewnego mrocznego Żniwiarza. Nie byłoby w tym może i nic nurtującego, przecież znamy wszyscy realia shakes&fidget... Jednak atak ten powtórzył się i to nie raz. Nic w tym dziwnego, że musiał zostać odparty i w końcu, po wielu trudach, misjach, zwiedzaniu lochu i codziennym odwiedzaniu zbrojowni, po łykani wątpliwej świeżości eliksirów, stało się coś niezwykłego... Dotąd przegrywająca zwiadowczyni pokonała Rozkmina (gdyż nim w istocie był ów Żniwiarz). Do czasu tego wiekopomnego wydarzenia pomieszkiwałam sobie w ThisIsSparta, jednak gildia ta była raczej nieciekawa, nic się w niej nie działo, najbardziej zaś zapamiętanym zdaniem przywódcy był śmiały, kontrowersyjny, a nawet dość infantylny wywód: „ok”. Nic więc dziwnego, że ostatecznie przystałam na propozycję Rozkmina, który w uznaniu dla mojej przeogromnej potęgi postanowił zaproponować mi dołączenie do swej grupy. I to nie byle jakie! Od razu dostałam przywództwo i mogłam pławić się w luksusach władzy iście królewskiej... Pamiętam, jakby to było dzisiaj... Nasz skład: Cynamonka, Epicki, Legion, Wpierdol, Scheiβe, Skäran, Rozkmin, bracia Parobasy...
Jednak mojemu byłemu władcy nie spodobał się taki stan rzeczy. Dotąd to ja podpowiadałam mu, co powinien zrobić, a on zaszczycał mnie tym jakże wiele znaczącym „ok”, nie honorując nawet funkcją oficera... W Żniwiarzach rozwinęłam skrzydła, wraz z Wpierdolem wszybko wznieśliśmy się z niemal samego dna ku szczytom tabeli... Uznał mnie za dobry wybór, co będę pamiętała do końca istnienia. I tak zaczęli do nas dołączać Amexia, Slazyk, Radzik i wielu innych. Nasza pozycja wciąż rosła, co nie było takie dziwne, w końcu przybywało nas.
Aż pojawił się Morfeusz.